poniedziałek, 14 stycznia 2019

Park Narodowy Khao Sok; Jezioro Ratchaprapha

Sztuczne jezioro Ratachaprapha jest położone na terenie Parku Narodowego Khao Sok jest wyjątkowym zjawiskiem. Powstało po wybudowaniu tamy w 1982r. Mimo, że nie jesteśmy w górach, wysokość nad poziomem morza to zaledwie 100 m, fantastyczne górzyste ukształtowanie terenu spowodowało, że jezioro ma kształt poszarpany, a widoki są niezapomniane.
Bus odebrał nas z hotelu po wczesnym śniadaniu. Po drodze obowiązkowy punkt programu, zakupy na lokalnym markecie. Chodziło zapewne o to, aby nasz przewodnik Ruki Ruki uzupełnił dla nas zapasy wody i banany. W przeciwnym razie byłaby to zupełna strata czasu. Małgosia kupiła smaczne owoce, które z apetytem zjedliśmy w ciągu dnia po kąpieli.
Podróż nad jezioro koło tamy zajęła nam ponad godzinę, nie licząc postoju na targu. Grupa Ruki Rauki, podróżująca dwoma busami, przesiadła się do jednej łodzi. Zasady, które już znamy. Założyć kapoki, „take care of each other, no fighting”. Ruki Ruki otwarcie przyznał, że dla niego my biali, a z wyjątkiem jednej czarnoskórej dziewczyny taki właśnie był skład naszej grupy, wszyscy wydajemy mu się identyczni. Dlatego też, to my mamy go pilnować, inaczej nas pogubi.
Także tutaj łodzie mają wielkie silniki od ciężarówek. Nasza miała przynajmniej koło sterowe i daszek dla pasażerów.
Po poltorej godziny dopłynęliśmy do przystani.
Nasza wycieczka była jednodniowa. W tym miejscu zjedliśmy lunch. Znakomita ryba. Można zdecydować się na wariant dwudniowy lub dłuższy, wtedy nocuje się w domkach na pomoście. Po południu wsiedliśmy na łódź i po paru minutach zeszliśmy na ląd, skąd rozpoczęliśmy naszą parogodzinną wędrówkę po dżungli.
Naszym celem była jaskinia. Jeszcze wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z wyzwania. Ruki Ruki parokrotnie uprzedził nas wprawdzie, że mamy miec na nogach buty, które przemoczymy, przechodząc parokrotnie przez rzeczkę.
W jaskini byliśmy pewnie z godzinę. Nikt chyba nie mierzył czasu. Przygoda była wyjątkowa. W wielu jaskiniach byliśmy, wejście do żadnej z nich nie było takim zaskoczeniem. Ruku Ruki zdjął koszulkę, wyjął zapas latarek i oznajmil, że kto chce, może wejść z nim do jaskini. Zapytałem, czy także powinnismy zdjąć ubranie i pozostawić plecaki. Odpowiedział, ze jeżeli nie chcemy ich zamoczyć, to tak. A więc założyliśmy latarki czołowe i poszliśmy za Ruki Ruki. Ciasne przejście, uwaga na głowę. Woda po kolana, potem po pas. Ubrani w szorty lub kostiumy kąpielowe, pokonywaliśmy nierówne kamieniste koryto podziemnej rzeki. Ruki Ruki budził śpiące żaby, śpiewając im „over the raibow” z czarownika z Oz. Woda nie była zimna, nie była także zbyt ciepła. W którymś momencie przyszło nam płynąć w wąskim i głębokim przesmyku, a potem po linach wyciągnąć się w górę. Doszliśmy do większej komnaty. Ruki Ruuki powiedział, że dalej nie pójdziemy, bo jest niewygodnie, trzeba by iść na czworaka lub się czołgać. Wracamy zatem tą samą drogą. I Małgosia i ja, zdajemy sobie sprawę z wyjątkowości tego przejścia jaskini. Byliśmy w wielu. Nigdy nie zdarzyło się, aby przewodnik wprowadził do podziemnej rzeki kilkanaście osób, nie pytając nawet, czy potrafią pływać. O innych zagrożeniach nie wspominając. A z drugiej strony nie założenie kapoki na łodzi grozi mandatem 1000 Baht. Wyjątkowa przygoda. Powrót do łodzi przez dżunglę.
Półgodzinna kąpiel w jeziorze przy przystani, gdzie jedliśmy lunch, była ukojeniem. Rejs w poprzek jeziora do tamy, gdzie pozostały busy, trwał pewnie z poltorej godziny. Widoki piękniejsze niż rano, bo niebo bardziej dynamiczne. W okolicy padało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz