niedziela, 20 stycznia 2019
Railay - Bangkok
Wczorajszy dzień, sobota, był ostatnim i w zasadzie jedynym pełnym dniem na plaży w czasie naszej trzytygodniowej wycieczki.
Śniadanie w ciszy. Plaża jeszcze pusta.
Z każdą minutą robiło się coraz tłoczniej i głośniej. Łodzie „z długimi ogonami”, które nie mają tłumików i które w wielkiej liczbie przypływają tu przywożąc tłumy, hałasują strasznie. Kiedy przemykałem oczy, miałem wrażenie, że obok jest plac budowy, gdzie mozolnie pracują koparki lub spychacze.
Nurkowaliśmy pod skałami po lewej stronie plaży. Tym razem nie byliśmy zachwyceni. Cóż, nie można mieć wszystkiego w zasięgu ręki.
W południe morze cofnęło się znacznie.
Dzień był gorący, bezchmurny i bezwietrzny. Wczoraj uświadomiliśmy sobie, że mieliśmy szczęście do pogody w czasie naszej podróży. Nie było upałów. Chmury, a czasami przelotne deszcze, przynosiły często ulgę.
W czasie popołudniowego leniuchowania nad basenem znowu pojawiły się małpy.
Kolejny, ostatni już w tej podróży, fotografowany zachód słońca.
Granatowe już niebo od strony górujących skał na południu wypełniło gęste stado, wydawało się, ptaków. Przypominały wrony. Ale były ich chmary i nie wydawały dźwięków. Nietoperze, tysiące. Pojawiały się na południu, po czym nad plażą zakręcały na wschód.
Dzisiejszy poranek był podobnie pięknie pogodny. Jeszcze przed śniadaniem Małgosia uznała, że warto po raz ostatni wykapać się w morzu.
Po śniadaniu pożegnaliśmy hotel. Mniej niż pięć minut piechotą i byliśmy na Railay West, gdzie, w odróżnieniu od plaży wschodniej, łodzie cumują do pływającego pomostu.
Przeprawa trwała ze dwadzieścia minut.
Na nabrzeżu czekał już na nas bus, który wygodnie zawiózł nas na lotnisko w Krabi. Lot od Bangkoku zgodnie z planem.
Hotel zarezerwowałem tym razem tuż przy peronie stacji Phaya Thai. Centrum miasta, ale najważniejsze jest to, że jutro rano mamy stąd tylko czterdzieści minut kolejką AirLink.
Przeczytaliśmy, że warto wybrać się na nocny targ Train Market Ratchada. Uznaliśmy, że jest to sposób na ostatni wieczór. Podróż kolejką „podniebną” Sky Train, a potem metrem jest również ciekawa. Bardzo sprawnie zorganizowana komunikacja.
Nawet w centrum gęstwina kabli.
Targ to przede wszystkim znakomite jedzenie.
Obok garkuchni i straganów z różnościami swoje gabinety mają także fryzjerzy i manikiurzystki.
Wpis uzupełniam już w poniedziałek rano na lotnisku w oczekiwaniu na samolot. Wszystko przebiega zgodnie z planem. Wieczorem powinnismy być w domu.
piątek, 18 stycznia 2019
Phi Phi Islands - Railay
Phi Phi Islands są najsłynniejszym chyba miejscem w Tajlandii. Stąd też pomysł, aby je zobaczyć, niezależnie od wielu opinii wskazujących na komercjalizację wysp.
Spakowaliśmy plecaki i pozostawiliśmy je w recepcji. Następny nocleg miał być gdzie indziej. Wycieczka zorganizowana.
Do przystani na zachód od Ao Nang podwiózł nas autobus.
Łódź była szybka. Na fali rzucało nami nieźle. Trzeba było się trzymać.
Pierwszym postojem była Bamboo Island, wyspa słynąca z pięknej plaży. Bambusów tu nie ma, ale nazwa przyciąga tłumy. Świat podwodny nadspodziewanie ciekawy. Podobnie jak w przypadku innych parków, także stąd nie można zabierać muszli czy korali.
Kolejne ważne punkty wycieczki, Grotę Wikinga, plażę o nazwie, która mi umknęła oraz przede wszystkim Maya Beach osławioną dzięki filmowi „Niebiańska Plaża” z Leonardo di Caprio, mogliśmy oglądać tylko z wody. Trudno sobie zresztą wyobrazić, aby wszyscy obecni na pokładach się tam pomieścili. O cumowaniu nie wspominając. Manewrowanie w takim ścisku na wodzie i tak było godne podziwu. Na Monkey Beach małpy były przygnębione.
Na Phi Phi Don (dużej, większej z dwóch wysp o tej nazwie) zjedliśmy lunch. Odszukanie potem swojej łodzi nie bylo łatwe. Jest ich tak dużo, że po wyokrętowaniu pasażerów odpływają na redę, gdzie czekają na kotwicy. O umówionej godzinie wracają po pasażerów, nie zawsze jednak w to samo miejsce.
Po lunchu zaplanowany był snorkeling. Zatrzymywaliśmy się w dwóch zatokach. Dla samego nurkowania warto było popłynąć na dzisiejszą wycieczkę. Niesamowity świat podwodny. Spotkałem nawet trzy rozgwiazdy.
Bardzo sympatyczna para, na zdjeciu powyżej, od lewej. Ona jest z Ekwadoru i studiuje w Korei, on z Kolumbii.
Powrót do tej samej przystani. W Krabi odbywa się w zimie biennale. Rzeźba, która rano bardziej przypominała skałę, w czasie odpływu- gorzej, ale taki zapewne był zamysł artysty.
Kolejne dwa noclegi mamy zarezerwowane na plaży Railay. Jedyny sposób dostania się tam to łódź t.zw. „long-tail”, czyli znane nam dobrze jednostki pływające z wysokim dziobem, silnikami od ciężarówki, bez tłumika i bardzo długim wałem do śruby.
Łodzie do Railay odpływają z plaży tuż naprzeciwko hotelu, gdzie pozostawiliśmy bagaże. O tej porze dnia, po szesnastej, byliśmy jedynymi chętnymi, którzy chcieli zabrać się w tamtą stronę, większość wraca z plaży do miasta. Bez większego trudu namówiliśmy jednak przewoźnika. Wejście do łodzi z plaży wymaga dojścia kilkudziesięciometrowego, w czasie odpływu - dłuższego, przez płyciznę. Można się trochę zamoczyć.
Rejs do Railay trwa ze dwadzieścia minut.
Hotel tuż przy plaży, dość elegancki. Mamy oddzielny domek z ogródkiem. Po wejściu zaskoczyło nas stado małp. Teraz już wiemy, że uaktywniają się przed wieczorem.
Nie mogliśmy oczywiście przeoczyć spaceru plażą przed zachodem słońca.
Widok z plaży Hotelu Railay Bay jest częstym tłem zdjęć ślubnych.
Zachód słońca, nie bez powodu, przyciąga wielu widzów.
Plażę Zachodnią Railay ze Wschodnią łączy Walking Street. Restauracje, bary, masaż, głośna muzyka. Wakacyjne klimaty.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)











































































